![]() |
Blog > Komentarze do wpisu
jedno sobotnie popołudnieByliśmy w sobotę na szczepieniu, a potem w parku. Gorąc niemiłosierny, w zasadzie wymogłam na W. to wyjście, wszystkim pot spływał po czołach i po traumie potrójnego szczepienia nikomu się nic już nie chciało. Ale weekend to dla mnie jedyna w tygodniu szansa na poważniejsze wyjście, więc uparłam się jak dziki osioł. Spocony Miku zrobił kupę i przewijaliśmy go w samochodzie na torbie plastikowej Liberty Books, bo - sierota! - zapomniałam wziąć z domu świeżą podkładkę (Miku ząbkuje, często robi kupy i często przewijamy go w samochodzie). W parku był wiatr i cień. Chłód. Szum drzew. Krakanie wron. Poza tym, puściliśmy Michała na trawę. Wybrudził się cały, znalazł kawałek kości pod palmą, przyglądał się mrówkom, do wron wołał muuu oraz zapoznał się z chłopczykiem. Chłopczyk oczywiście nie był sam, należał do malowniczej grupy, która rozpostarła niedaleko nas obrusy, postawiła pomarańczowy water cooler, metalowy kubeczek i termosy z napojem cytrynowym, wyjęła z przepastnych toreb łyżki, kubki z nietłukącego szkła, plastikowe talerze, spodeczki i pojemniki z pokarmami, zdjęła obuwie po czym rozpoczęła sobotni obiad w plenerze. Michał się do nich doczepił tak, że zaczęli wołać do niego a dźao. Oczywiście, żadna palma ani nawet wrona nie mogła się równać z 4 kobietami (ich abaje miały ciekawy błyszczący wzorek na rękawach), 2 mężczyznami i 3 dzieci oraz całą ich piknikową aranżacją. Zaglądał do butów i toreb, wyjmował z nich ubranka, kocyki i smoczki, wspinał się po coolerze, musieliśmy więc interweniować i zmieniać mu kilka razy kierunek wędrówki. Bezskutecznie, bo i tak oczywiście do nich wracał. W pewnym momencie z grupy podniósł się pan i przyniósł nam dwa talerze, mówiąc: traditional Afghani khana! W ten sposób zjadłam obiad w uroczym towarzystwie, mówiącym między sobą w języku farsi i dla którego język urdu jest tak samo trudny jak dla mnie. Zdołaliśmy jednak wymienić cały repertuar standardowych w takiej sytuacji uśmiechów, uwag i komentarzy: o Karaczi (ponoć kiedyś było tu lepiej niż teraz), pogodzie (że gorąco), życiu z teściami (że uciążliwe), mężu (że dobry to podstawa), moim kraju (że daleko), macierzyństwie (że nie ma kiedy zjeść), trudnościach językowych i o jedzeniu. Co było na tych talerzach? Na jednym - po prostu biriani, ale o połowę mniej ostre, niż nasze. Starsza pani - mama, twierdziła, że kabuli pulao, taki z rodzynkami, byłby lepszą i bardziej traditional khana. Na drugim - mantu, afgańskie* pierogi z wołowiną, które wyglądały na niesamowicie skomplikowane w przygotowaniu. Saima, dziewczyna, która mnie ugaszczała najbardziej, poddała się przy próbie wytłumaczenia tego procesu w urdu. Farsi jest dużo prostszy. Właściwie była zdziwiona, że go nie znam. W jej rodzinie ktoś się ożenił z Rosjanką, mają ileś tam dzieci, i ta Rosjanka już mówi w farsi. Po dwóch latach. Jedliśmy mantu z jogurtem, solą i czosnkiem. I to bardzo, bardzo mi smakowało. A na obu talerzach, kubku i wszystkim - tysiące much. Lubię bardzo, gdy coś takiego się przydarza :)
* ale nazwa zabrzmiała znajomo i swojsko... bo podobne pierogi, choć nie wiem, czy tak samo składane, robią też mieszkańcy post-sowieckiej Azji Srodkowej, a często i Rosjanie. I tam mówi się na nie "manty". czwartek, 08 grudnia 2011, asiakusy
Komentarze
2011/12/17 10:26:20
Mandżurio, dziecko - szczególnie tutaj, naprawdę zupełnie inaczej niż w Polsce - bardzo ułatwia nawiązywanie znajomości :) Wokół Michała potrafi zgromadzić się prawdziwy tłum :o który chciałby go ponosić, pobawić się, pogadać... Ludzie reagują bardzo żywo i serdecznie, a dzieci tu nikomu nie przeszkadzają, gdy kogoś wybrudzą, coś wyleją, popsują - wiadomo, że "to są dzieci".
A do much można się trochę przyzwyczaić i nie myśleć o nich za wiele :( w parku nie było jeszcze najgorzej, ale na naszym podwórku bywa ich tyle, jak hmmmm na polskim śmietniku w upalny dzień, i jednak czasem nie daję rady ;( Pozdrawiam :) !!! 2011/12/17 21:56:18
A bywa uciążliwe to "przyklejanie" się do Twojego dziecka? Pamiętam, jak w jednym poście Ania Ready narzekała na Włochy, gdzie dziecko jest własnością wszystkich, mogą bez pytania ściskać, podbiegać, niemal wyrywać rodzicom własne dziecko... Ponieważ dla mnie to jeszcze wciąż abstrakcja, ciekawa jestem, czy też to tak odbierasz?
Ściskam! |
Pozdrawiam ciepło!